środa, 25 stycznia 2012
Kłaps, kłaps, kłaps

Mogę odetchnąć, panowie reżyserzy, ten wielki i ten żywiołowy, wyrazili zadowolenie. Ze współpracy. Ze mną.

Tak właśnie.

Mam zatem ten glejt, mogę robić filmy. Najchętniej od dziś, od już, bo mimo zapracowania lekkiego filmy robić mi się chce...






A póki co to może ja jednak pójdę poodśnieżać, bo se zima jaja jakieś znowu robi. No, to do zobaczenia w Holiłud, na Oskarach.

10:08, piarella
Link Komentarze (4) »
niedziela, 22 stycznia 2012
Miała być wiosna

Obiecywali, że zimy nie będzie, że wiosna przyjdzie w tym roku wyjątkowo szybo i że będzie nadspodziewanie ciepła. Nawet pan Kret coś o tym mówił i co? Pokazali dziecku ciastko a potem sami zeżarli. 

Od kilku dni walczę z ogromną chęcią, by pojechać do portu i wsiąść na pierwszy lepszy statek wybierający się do Afryki, zaoferować kapitanowi usługi w postaci sprzątania, mycia garów, gotowania albo nawet i pracy w maszynowni i tak oto wyrwać się z tego zimowego piekiełka.
A najgorsze jest to, że już widziałam tę wiosnę, już witałam się z tulipanami na straganach i ptaszym śpiewem za oknem i to tylko po to, by dostać w pysk śniegiem, zamarzającym deszczem i ogólną zimową beznadzieją.
I teraz pewnie przyjdzie mi poczekać te ustawowe dwa miesiące, potem przeczekać jeszcze nagły a niespodziewany atak śniegu w kwietniu by nareszcie pod koniec maja móc powiedzieć, że rzeczywiście, wiosna przyszła jak zapowiadali. Tylko trochę później.

Wy też macie już dość? Bo może skrzykniemy jakąś grupę pod wezwaniem czy coś i tę kapryśną paskudę sprowadzimy na miejsce? Jeszcze w styczniu.





12:25, piarella
Link Komentarze (1) »
niedziela, 15 stycznia 2012
Niedziela na wsi (no, prawie)

Najlepszy sposób na niedzielę? Psia wystawa.

Kiedyś, gdy jeszcze miałam psy i czynnie uczestniczyłam w wystawach, nie przerażało mnie wstawanie nawet o trzeciej nad ranem by dojechać z psem na drugi koniec Polski - warto było, bo jeden dzień spędzony na wystawie relaksował mnie bardziej, niż tydzień pławienia się w czekoladowych kąpielach i masowania w spa Ireny Eris.
Teraz psa (póki co, póki co) nie mam, ale parę razy w roku gna mnie jakaś siła czterołapna na spotkanie z setkami mokrych nosów i kudłatych grzbietów i gdybym sobie odmówiła tego małego dziwactwa to pewnie skończyłabym już nie z zapotrzebowaniem na kurację w spa, ale kaftan. Bo psy relaksują. Poprawiają nastrój. Sprawiają, że całkowicie odcinam się od codzienności.

I powoli, ale bardzo skutecznie przekabacają na swoją stronę mojego domowego kociarza. ;)









sobota, 07 stycznia 2012
Przypadki pewnego druida, czyli kolejna zarwana noc

Zimno jest jest i mokro i wcale nie chce się wychodzić z domu, toteż siedzimy pod kocami, gramy, czytamy i czekamy na wiosnę. Troszkę niecierpliwie, nie ukrywam.

Na szczęście mam co czytać. Oprócz nowego Clarksona, którego dawkuję sobie ostatnio rozsądnie, by nie skończyć za szybko, mam jeszcze trzy tomy przygód Matthew Swifta i wariację na temat Irene Adler, jednak to wszystko na razie czeka, bo póki co wpadłam (jak w bagna Pereplutu) w kroniki druida i jego psa.
O uroku tych książek decyduje przede wszystkim humor. Humor, humor i jeszcze trochę humoru. No i sam druid, zielarz, księgarz, zafascynowany pop kulturą starzec wyglądający jak student, co chwilę cytujący Szekspira, ale też Gwiezdne Wojny, Star Treka i tak dalej. Trudno byłoby go nie polubić.
Poza tym jest tam pies. Pies jest bezkonkurencyjny, mądrzy się, używa trudnych słów, za co ciągle żąda świeżych kiełbasek, marzy by być psim Czyngis-chanem, albo lepiej, psim hipisem i mieć cały harem pudlic. Oraz całą spiżarnię kiełbasek. No i jak nie polubić takiego psa?

Toteż siedzę, czytam i cieszę się, że jest weekend. I przygotowuję się mentalnie na poniedziałek, bo jak nie było zleceń, to nie było, a jak się pojawiły, to oczywiście metodą autobusów i wron - wszystkie na raz. Co mnie zresztą wcale nie martwi.






A zdjęcie pochodzi ze strony hodowli Sagittarius pani Barbary Strzałkowskiej. Więcej tutaj.

19:34, piarella
Link Komentarze (5) »
wtorek, 03 stycznia 2012
MMXII

To co, witamy w 2012?

W tym roku będziemy mieli okazję zaobserwować przelot komety (już dziś w nocy), obrączkowe zaćmienie słońca i przejście Wenus na tle tarczy słonecznej (to dopiero w maju i w czerwcu), Mistrzostwa Europy w Piłce Nożnej oraz Letnie Igrzyska Olimpijskie. Wejdziemy też, oby krokiem spokojnym i zrównoważonym, w Erę Wodnika a żyjący jeszcze Majowie będą mieli problem, bo w grudniu skończy im się kalendarz.

Nie przejmując się tym wszystkim oraz całkowicie ignorując medialne doniesienia o kłopotach aptekarzy, ruchach w rządzie oraz problemach w Zatoce Perskiej przywitaliśmy Nowy Rok leniwie polegując na kanapie (co prawda nie własnej, ale też bardzo wygodnej i gościnnej), między książką a telewizorem. I muszę przyznać, że "Mamma Mia!" jako propozycja na Sylwestra, a "Kroniki Żelaznego Druida" (nomen omen na tę tu Erę Wodnika) na Nowy Rok sprawdziły się znakomicie. Na tyle, że ja nadal siedzę nad Druidem, parskam przy każdej rozmowie bohatera z jego psem i przy większości rozmów z jego prawnikami. Z kolei Damian już zapowiada oglądanie i wygłaskiwanie psów, w tym wilczarzy (nomen omen na tego tu druida), na nadchodzącej wystawie.

I żeby tylko jeszcze spodziewany klient odezwał się w spodziewanym terminie to już w ogóle będzie bardzo dobre rozpoczęcie roku.

18:05, piarella
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 135
stat4u